Rodzina mojego męża

elefon wyłączyłam od razu.

Viktor przyjechał o trzeciej. Przy bramie stały już samochody. Antonina Pietrownna wyszła z pudełkiem szampana, śmiała się głośno, wołając krewnych.

Drzwi były zamknięte. Okna ciemne.

Dzwonił do mnie. Raz, drugi, dziesiąty. Antonina Pietrownna najpierw była oburzona, potem krzyczała:

— To skandal! Jak ona mogła! Viktor, natychmiast się tym zajmij!

Krewni stali na mrozie, przebierając nogami. W mieście wszystkie kawiarnie były pełne, stoliki zarezerwowane. Ktoś zaproponował, żeby pojechali do siostry Viktora — odmówiła, mieszkanie za małe.

Pod wieczór krewni rozjechali się do domów, źli, głodni, urażeni. Antonina Pietrownna odjechała ostatnia, trzasnęła drzwiami tak mocno, że dźwięk rozszedł się po całej ulicy.

Viktor został sam przy bramie pustego domu.

Pierwszego stycznia około południa przyjechał na bazę turystyczną. Zobaczyłam go z okna — szedł po zaśnieżonej ścieżce, w rękach bukiet róż, twarz czerwona od mrozu.

Córka pobiegła mu na spotkanie, przytulił ją, ale oczy szukały mnie.

Wyszliśmy na werandę. Stałam w ciepłym swetrze, wypoczęta, spokojna. Wyciągnął do mnie kwiaty bez słowa.

— Matka powiedziała, że już nigdy nie przekroczysz progu jej domu, — powiedział.

— Dobrze, — odpowiedziałam. — A ty?

Milczał długo. Potem spuścił wzrok.

— Wczoraj sam otwierałem drzwi dwudziestu dwóm ludziom i tłumaczyłem, dlaczego nie ma stołu. Matka krzyczała na mnie przez pół godziny. Przy wszystkich. Powiedziała, że jestem mięczakiem i nie potrafię zapanować nad żoną.

Nie odpowiedziałam. Podniósł głowę.

— Już się nie powtórzy. Obiecuję.

Wzięłam róże i skinęłam głową. Nie dlatego, że od razu uwierzyłam, ale dlatego, że po raz pierwszy od roku rozmawiał ze mną, a nie z cieniem matki.