Na wiosnę Antonina Pietrownna próbowała odbudować relacje. Dzwoniła do Viktora, dając aluzje do majowych świąt. On odpowiadał krótko:
— Jesteśmy zajęci.
W następnego Nowego Roku świętowaliśmy we troje. Nakryłam mały stół, przygotowałam dokładnie tyle, ile było potrzebne. Viktor rozpalił kominek, córka powiesiła ozdoby na choince.
O jedenastej wieczorem podniósł kieliszek i spojrzał na mnie.
— Za ciebie.
Uśmiechnęłam się. Nie dlatego, że wszystko było idealne, ale dlatego, że w swoim domu wreszcie poczułam się gospodynią, a nie służącą.
Od tamtej pory Antonina Pietrownna do nas nie przyjechała. Krewni omijali nasz dom. I ani razu nie żałowałam tamtej bazy turystycznej, wyłączonego telefonu i dwudziestu dwóch głodnych gości pod progiem pustego domu.
Czasami najlepszą odpowiedzią jest cisza. I zamknięte drzwi.
