Potem poznałam Ethana.
Był nowym nauczycielem plastyki, młodszym o pięć lat, z zmarszczkami mimicznymi w kącikach oczu i permanentnymi plamami farby na palcach. Trzymał na biurku świeże kwiaty polne i nucił nieznane melodie podczas oceniania. Poruszał się po świecie tak, jakby był czymś, co należy delektować, a nie tylko przetrwać.
„Susan, co myślisz o tym?” zapytał pewnego popołudnia, wchodząc do mojej klasy z akwarelą przedstawiającą zbocze wzgórza pełne odważnych, dzikich kwiatów.
„To piękne” – powiedziałem i poczułem to.
„To zatrzymaj go” – nalegał, wkładając mi go w dłonie. „Przypominasz mi te polne kwiaty. Ciche, ale pełne życia – czekające tylko na odpowiednią porę”.
Te słowa otworzyły we mnie coś, co od dawna trzymałam w zamknięciu. Zaczęliśmy przesiadywać w pokoju nauczycielskim, przechadzając się po szkolnym ogrodzie, pijąc kawę, która stopniowo przeradzała się w wino. Wiedziałam, że droga, którą podążamy, jest nierozważna i przewidywalna. Ale bycie postrzeganą – naprawdę postrzeganą – nie jako żona czy matka wypełniająca swoje role, ale jako kobieta pełna głębi i pragnień, było jak deszcz padający na spękaną suszą ziemię.
Michael wyczuł subtelną zmianę.
„Często zostajesz w domu do późna” – zauważył pewnego wieczoru ze swojego zwykłego miejsca na kanapie.
„Chaos końca semestru” – skłamałam, unikając jego wzroku, gdy wycofywałam się do sypialni i próbowałam zmyć z siebie dreszcz emocji.
Nie sprzeciwiał się. Nie zadawał dalszych pytań. Po prostu siedział w blasku telewizora.
Jego milczenie napełniło mnie poczuciem winy – ale też dodało mi otuchy. Skoro nie chciał o mnie walczyć, powtarzałam sobie, dlaczego ja miałabym walczyć o to, żeby zostać?
Prawda wybuchła w spokojny weekend. Powiedziałem Michaelowi, że są warsztaty dla kadry, ale zamiast tego pojechałem z Ethanem nad jezioro Addison, żeby szkicować. Spędziliśmy godziny nad wodą, rozmawiając o sztuce, poezji i o tym, jak przerażająco krótkie jest życie.
Gdy wieczór zabarwił niebo na fioletowo, Ethan wyciągnął do mnie rękę. „Susan, ja…”
“Mama.”
Słowo przecięło powietrze. Odwróciłem się gwałtownie.
Jake stał jakieś sześć metrów dalej, z twarzą pozbawioną koloru i napiętą od furii, która natychmiast go postarzała. Obok niego stał Michael, sztywny i milczący, niczym wyrzeźbiony z lodu.
Twarz mojego męża była pozbawiona wyrazu, ale jego oczy były przenikliwe jak brzytwa. Moje myśli odpłynęły. Jake wrócił z college’u, żeby zrobić mi niespodziankę. Kiedy nie odbierałam telefonu, przekonał Michaela, żeby podwiózł go do moich „zwykłych miejsc”.
„Do domu” – powiedział Michael beznamiętnie. Potem odwrócił się w stronę samochodu, nie sprawdzając, czy za nim podążam.
Podróż powrotna przypominała procesję do grobu. Rozczarowanie Jake’a wypełniało tylne siedzenie. Gdy już byli w domu, Michael odesłał go na górę. Potem usiadł na sofie, zapalił papierosa – tego, którego rzucił dla mnie lata temu – i przyglądał mi się przez mgłę.
„Jak długo?” Jego spokojny głos przeraził mnie bardziej, niż krzyk.
„Przepraszam” – szlochałam, klęcząc przed nim. „Myliłam się”.
„Zapytałem, jak długo.”
„Trzy miesiące” – wyszeptałam. „Ale na początku nie było to fizyczne. Po prostu rozmawialiśmy”.
„Dość”. Zgniótł papierosa. „Dwie opcje. Rozwodzimy się. Odchodzisz z niczym i wszyscy wiedzą dlaczego. Albo zostajemy w małżeństwie – ale od teraz jesteśmy współlokatorami. Nic więcej”.
Spojrzałam na niego.
„Jake ma przyszłość. Nie pozwolę, żeby to ją zniszczyło. A rozwód też nie pomoże twojej karierze. Więc. Druga opcja?”
