Potem rozpadł się tak doszczętnie, że coś we mnie również pękło – coś, co, jak sądzę, nigdy w pełni się nie naprawi.
Daniel wrócił do domu kilka dni temu. Porusza się jak człowiek, który już nigdzie nie pasuje. Powoli. Ostrożnie. Jakby czekał, aż ktoś mu powie, że popełnił błąd, przeżywając. Ledwo się odzywa. Jego poczucie winy ciąży bardziej niż jakikolwiek gips czy bandaż.
Nasz dom nie przypomina już domu. Przypomina konstrukcję, w której odbija się echo.
Pokój Lily pozostaje nietknięty. Jej ołówki wciąż leżą rozrzucone na biurku. Jej rysunek słonecznika leży niedokończony, żółty przechodzący w biel tam, gdzie zatrzymała rękę. Zabawki leżą tam, gdzie je ostatnio upuściła. Różowa lampka obok jej łóżka wciąż działa; czasami włączam ją w nocy, a potem znowu wyłączam, jakby pamięć mięśniowa nie chciała puścić.
KONTYNUUJ CZYTANIE NA NASTĘPNEJ STRONIE 🥰💕
Na jej stoliku nocnym leży bransoletka, którą dla mnie robiła. W połowie skończona. Nierówne koraliki. Nie mogę się zmusić, żeby ją ruszyć.
Czasem przechodzę obok jej drzwi i czuję się, jakbym nawiedzała własne życie. Jakbym była kimś, kto już tu nie pasuje.
Robię kawę i zapominam ją wypić. Siedzę na krzesłach i gapię się w ściany. Śpię tylko wtedy, gdy zmęczenie mnie do tego zmusza. Istnienie wydaje się mechaniczne, jakbym udawała osobę, która wie, jak żyć bez swojego dziecka.
Policja zwróciła jej rzeczy z wypadku w zamkniętych torbach. Byli delikatni, przepraszający. Mimo to czuła się, jakby to była kolejna kradzież – fragmenty jej życia zostały przechwycone przez obcych, skatalogowane i zwrócone bez niej.
Minęły trzy tygodnie.
A ja nadal nie wiem, jak oddychać w świecie, w którym moja córka tego nie wie.
Udawałem, że tylko funkcjonuję.
Pamiętam, jak siedziałam w ponurym, szarym pokoju, łzy spływały mi po policzkach, a ja podpisywałam formularz, w którym wymieniała wszystko, co miała przy sobie: plecak, błyszczące trampki, szkicownik ze słonecznikami, który zaczęła rysować poprzedniego wieczoru, błyszczącą fioletową opaskę i żółty sweter.
Ten sweter.
To był jej ulubiony. Miękka, jaskrawożółta, z maleńkimi perłowymi guzikami. Nosiła ją prawie w każdy weekend. Wyglądała w niej jak chodzący promień słońca. Widziałam ją na każdym placu zabaw, kiedy ją nosiła.
KONTYNUUJ CZYTANIE NA NASTĘPNEJ STRONIE 🥰💕
Ona to nosiła
prawie każdy weekend.
Wyglądała jak promień słońca i pachniała kredkami, szamponem waniliowym i leciutką nutą masła orzechowego ze szkolnych obiadów. A teraz leżała zamknięta w jakimś woreczku na dowody w szufladzie, do której nigdy nie zajrzę.
Tego ranka siedziałam przy kuchennym stole w za dużej bluzie Daniela, tuląc kubek kawy, którą już dwa razy podgrzałam. Na kubku widniał napis „Najlepsza Mama na Świecie” kolorowym markerem – prezent od Lily na Dzień Matki.
Powtarzałam sobie, że muszę napić się kawy, zrobić coś normalnego, coś ludzkiego, ale moje ręce ani drgnęły.
Od tamtej pory nie piłem z niego, ale tego ranka potrzebowałem czegoś, na czym nadal byłyby jej odciski palców.
A teraz było zamknięte
w jakimś worku na dowody
w szufladzie, której nigdy nie zobaczę.
Daniel wciąż spał na górze, ciężko dysząc, tak jak od wypadku. Mój biedny mąż prawie w ogóle nie wstawał z łóżka, a kiedy już to robił, czuł się, jakby go dręczyły straszliwe duchy.
Nie chciałam go budzić. Ledwo przespał całą noc, dręczony poczuciem winy i koszmarami, których nie potrafiłam ukoić.
KONTYNUUJ CZYTANIE NA NASTĘPNEJ STRONIE 🥰💕
Nie miałem siły rozmawiać, więc po prostu siedziałem i patrzyłem przez okno na mgłę, która opadła na ciche podwórko.
Wtedy to usłyszałem.
Drapanie, drapanie, drapanie.
